To miał być mecz o ważne punkty i walkę o wicelidera tabeli, a zamienił się w prawdziwy horror z happy endem dla gospodarzy. Koszykarze Górnika Wałbrzych, mimo prowadzenia do przerwy, musieli drżeć o wynik niemal do ostatniej syreny. Ambitna drużyna KKS Siechnice postawiła w Wałbrzychu niezwykle trudne warunki, zmuszając miejscowych do wspięcia się na wyżyny swoich umiejętności w decydującej kwarcie.
Spotkanie od początku było grą nerwów. Choć Górnik schodził na przerwę z bezpieczną, wydawałoby się, przewagą 40:32, to trzecia kwarta przyniosła niespodziewany zwrot akcji. Goście, napędzani skutecznymi akcjami Mitmana i Kosmali, nie tylko odrobili straty, ale w pewnym momencie wyszli nawet na prowadzenie, wprowadzając konsternację na trybunach. Wałbrzyszanie mieli spore problemy ze skutecznością, a gra „punkt za punkt” trwała niemal do ostatnich minut. Atmosfera gęstniała z każdą akcją, a sędziowie mieli pełne ręce roboty, odgwizdując liczne faule, w tym przewinienie techniczne i wykluczenie dla jednego z zawodników gospodarzy, Mateusza Podejki, co dodało widowisku dodatkowej dramaturgii.
W decydujących momentach ciężar gry wziął na swoje barki kapitan Górnika, Łukasz Makarczuk. To jego chłodna głowa i celne rzuty w końcówce pozwoliły biało-niebieskim odskoczyć na kilka punktów (70:62 na dwie minuty przed końcem). Choć Siechnice walczyły do upadłego, trafiając jeszcze w ostatnich sekundach „trójki” i zmniejszając dystans, to zabrakło im czasu na doprowadzenie do remisu. Wałbrzyszanie utrzymali nerwy na wodzy i nie oddali zwycięstwa, które pozwala im z optymizmem patrzeć na nadchodzące starcie z Orłami Wrocław.
Górnik Wałbrzych obronił własny parkiet po meczu pełnym walki, zwrotów akcji i kontrowersji, udowadniając, że potrafi wygrywać nawet wtedy, gdy gra nie układa się idealnie.
Górnik Wałbrzych – KKS Siechnice 74:69
