[DO POCZYTANIA] Showtime Shoni. Z rezerwatu do gwiazd. I z powrotem

Dominik Hołda

W czasie pandemii mamy więcej czasu, w lokalnym sporcie dzieje się niewiele. Dlatego też tym razem proponujemy dłuższą formę, teksty o sporcie, choć bardziej globalnym, niż ten wałbrzyski. W serii [DO POCZYTANIA] proponuję wyprawę za Wielką Wodę, gdzie dwa odmienne światy usiłuje łączyć pomarańczowa piłka. To prawdziwa opowieść, choć dochodzi w niej do kolizji elementów magicznych z tymi bardziej przyziemnymi. To historia nieoczywista, przesiąknięta pradawnymi wierzeniami i zwyczajnym potem z sal treningowych. O bohaterce tego tekstu usłyszałem po raz pierwszy przed laty. Gdy zniknęła z afiszów, zastanawiałem się, co się u licha stało. Napędzany ciekawością dotarłem w najgłębsze rejony anglosaskiego internetu. Oto wyniki moich poszukiwań.

 

 

Jeszcze kilka lat temu Shoni Schimmel za sprawą swojej efektownej gry zdobywała serca kibiców w całej Ameryce. Kres jej wspinaczki na szczyt był jednak nagły, a jej dalszy los zdeterminowało środowisko, z którego się wywodzi.

 

„Naszym pierwszym nauczycielem jest nasze własne serce”

Indianie Cheyenne

 

Shoni Schimmel urodziła się w 1992 roku. Pochodzi z rezerwatu Umatilla, w północno-wschodnim  Oregonie. Znajdujący się wokół rzeki Kolumbia płaskowyż zamieszkują potomkowie trzech plemion z rodziny języka Sahaptin: Indianie Cayuse, Umatilla i Walla Walla. To właśnie w tej niewielkiej, liczącej około trzech tysięcy mieszkańców społeczności dorastała zakochana w baskecie Shoni. Od najmłodszych lat fascynowała się filmami z cyklu „AND1 Mixtape”, gdzie młodzi ludzie popisywali się koszykarskimi sztuczkami na ulicznych boiskach. W wieku 7 lat stwierdziła, że zagra w WNBA, najlepszej lidze świata.

Szanse na spełnienie marzeń miała niewielkie.

Rdzenni Amerykanie, stanowiący niecały 1 proc. mieszkańców kraju, od lat zmagają się z licznymi trudnościami, choć tylko 22 proc. z nich mieszka w rezerwatach. Według  Janeen Comenote z National Urban Indian Family Coalition, organizacji broniącej praw rdzennej ludności Stanów Zjednoczonych, głównymi przeciwnościami, z którymi boryka się tamtejsza ludność to niedofinansowanie z rządu federalnego i problemy mieszkaniowe. Gdy do tego dorzucimy wysoki poziom bezrobocia i chroniczną przemoc domową (ponad 20% dzieci z indiańskich rodzin doświadcza zespołu stresu pourazowego, podobnego do tego, który dotyka żołnierzy wracających z misji w Iraku i w Afganistanie), możemy zdać sobie sprawę, że dla mieszkanki rezerwatu sukcesem jest samo ukończenie szkoły średniej.

A gra w WNBA?

Zapomnij.

Shoni odkryła jednak w sobie pasję do koszykówki, pielęgnowaną przez jej trenerkę ze szkoły średniej i jednocześnie mamę, Ceci Moses. Historię młodej koszykarki z rezerwatu opisuje dobrze przyjęty dokument „Off the Rez”. W jednej ze scen zawodniczki siedzą w szatni, a trener i mama Shoni mówi pewnym siebie, podniesionym głosem: „Musicie grać twardo i walczyć o swoje”. Jej córka jest przejęta, bierze słowa do siebie. W innej migawce widzimy już jak kapitalnym minięciem „skręca” kostki rywalce i trafia z dystansu, po czym z uśmiechem wraca do obrony. Shoni kończy szkołę średnią w 2010 roku. W tym czasie tylko 51 proc. uczniów w USA wywodzących się z rdzennej ludności może pochwalić się tym samym. Została pierwszą przedstawicielką swojego plemienia, która otrzymała koszykarskie stypendium – i to jeszcze na znanym Uniwersytecie Louisville. A wybierać było z czego. W „Off the Rez” oglądamy urywek z domu państwa Schimmel, gdzie kuchenny stół pokrywa  stos listów od kolejnych uczelni zainteresowanych talentem Indianki, m.in. z prestiżowej UCLA, ulokowanej w Los Angeles.

 

 „Siła, bez względu na to, jak ukryta, rodzi opór”.

Indianie Lakota

 

„Programy z NCAA obawiają się dać szansę indiańskim dzieciakom. Według powszechnej opinii nie poradzą sobie, bo będą tęsknić za domem i za swoją lokalną społecznością” – powiedział dla portalu „Mic” John Schimmel, tata Shoni.

Tysiące kilometrów od domu Shoni czuła się jednak dobrze. Już w pierwszym sezonie gry dla Louisville Cardinals notowała śr. 15.1 pkt, 4.9 as i trafiała 37% rzutów za 3, kończąc sezon na Sweet Sixteen, topowej szesnastce drużyn w USA. Trener Jeff Walz pozwalał młodej zawodniczce korzystać ze swojej kreatywności. Jej asysty za plecami czy znane z futbolu amerykańskiego podania przez całe boisko stały się częścią gry Cardinals, choć granica pomiędzy improwizacją a zwykłą niedbałością została przez szkoleniowca jasno wyznaczona.

O Indiance głośno zrobiło się w sezonie 2012/13, gdy rozstawione z nr 5 Cardinals dotarły aż do Final Four, turnieju finałowego o uczelnianie mistrzostwo kraju, dla czterech najlepszych drużyn .W pamięć zapadła w szczególności wygrana 82:81 z murowanym faworytem do tytułu, rozstawionym z pierwszym numerem Baylor, w składzie ze środkową Brittney Griner, wielką gwiazdą uczelnianej koszykówki, niedługo potem wybraną z „jedynką” w drafcie do WNBA. W drugiej połowie Schimmel biegnie w kontrze z piłką, rozpędzona przekłada ją sobie za plecami na lewą stronę, po czym wyskakuje w górę i oddaje ekwilibrystyczny rzut prawą ręką nad próbującą ją blokować Griner. Ląduje gdzieś za koszem, ale trafia z faulem, a publiczność i komentatorzy wpadają w ekstazę. Podekscytowana Schimmel szybko się podnosi i niemal z pięściami rzuca się do o głowę wyższej Griner, bo, jak później stwierdzi, miała wrażenie, że ta nadepnęła na jej stopę. Cardinals docierają ostatecznie do meczu o tytuł, gdzie muszą uznać wyższość legendarnego UConn.

Porażka w finale musiała boleć, ale sezon nie był do końca stracony. Shoni założyła się z rodzicami, że jeżeli pokonają w Sweet Sixteen Baylor, to oni oficjalnie wezmą ślub. Choć byli ze sobą w związku od 25 lat, to wciąż go nie zalegalizowali. Po sensacyjnym zwycięstwie John i Ceci nie mieli wyjścia. Niedługo po meczu pobrali się w Oklahoma City.

Do kolejnego sezonu drużyna Louisville podchodziła z hasłem „Wyrównać rachunki”, które znalazło się na okolicznościowych koszulkach. Celem ekipy ze stanu Kentucky było tylko i wyłącznie mistrzostwo. Dla kończącej studia Schimmel była to ostatnia szansa na wygranie NCAA. Kampanię 2013/14 w wykonaniu nieco korpulentnej rozgrywającej śledzą już tłumy. Podczas jej „senior night”, czyli ostatniego domowego meczu sezonu regularnego gracza kończącego studia, w hali Cardinals na trybunach zasiada aż 22 tys. ludzi. Większość to rdzenni Amerykanie, którzy, co podkreślał „New York Times”, docierają na mecz z najdalszych zakątków kraju, reprezentują 40 stanów. Indiańskie rysy współgrają z ich krwistoczerwonymi koszulkami z czarnym numerem „23”, czyli tym, z którym występuje Schimmel. Po meczu rozgrywająca z Oregonu podchodzi do publiczności, przez cztery godziny daje autografy, rozmawia z fanami i robi sobie z nimi zdjęcia.

„Shoni w indiańskim świecie zmienia życia. Ludzie biorą z niej przykład. Otrzymujemy listy od zainspirowanych dziewczynek, gotowych dzięki niej do poświęceń” – zdradziła ESPN Ceci Schimmel (już po obiecanym ślubie).

Zawodniczka z rezerwatu rozpędza się w fazie turniejowej. Notuje śr. 18.1 pkt i 6.0 as. W Elite Eight, krajowych ćwierćfinałach, bierze los zespołu w swoje ręce. Na 29 sekund przed końcem meczu z Maryland trafia z odchylenia trudny rzut za trzy, z rogu boiska, niwelując stratę Cards do pięciu „oczek” (65:70). Po chwili trafia kolejny raz z dystansu, na 68:73. Mało? Na 3.5 sekundy przed końcową syreną nie myli się po raz trzeci za trzy w ciągu kilkunastu sekund, zmniejszając stratę do 73:75. Filmowy scenariusz dla rozstawionych z „trójką” koszykarek Louisville się nie ziścił, bo jej czwarty rzut zza łuku, przy stanie 73:76, nie znalazł drogi do kosza. 31 punktów nie dało awansu do Final Four. Rachunki nie zostały wyrównane.

 

Shoni Schimmel skacze do gardła Brittney Griner, wtedy największej gwieździe ligi akademickiej w USA

 

„Będziemy pamiętani wiecznie przez tropy, jakie po sobie zostawiamy”

Indianie Dakota

 

Marzenie siedmiolatki z rezerwatu Umatilla się spełnia. Z numerem ósmym draftu Schimmel zostaje wybrana przez Atlantę Dream, prowadzoną przez Michaela Coopera, pięciokrotnego mistrza NBA z Los Angeles Lakers.  Znowu przeciera szlaki. Żadna rdzenna Amerykanka nie została wybrana w drafcie wyżej od niej. Niezły wynik, biorąc pod uwagę fakt, że rząd federalny uznaje aż 576 indiańskich plemion na terenie USA.

Do gry Dream wchodzi z ławki, ale za to w jakim stylu! W meczu z Phoenix Mercury, jako jedna z sześciu zawodniczek w historii WNBA, zdobywa 20 punktów w kwarcie. Jej efektowne zagrania w kolejnych meczach zdobywają poklask. W jednej z kontr dostaje długie podanie, ale stoi plecami do kosza. Kątem oka widzi wbiegającą w „pomalowane” Angel McCoughtry, po czym posyła jej podanie kozłem, patrząc w zupełnie inną stronę. Niepilnowana koleżanka zdobywa łatwe punkty po lay-upie, a publiczność szaleje. W kolejnym urywku podaje jedną ręką przez cały parkiet. „Pocisk” trafia idealnie do odbiorczyni, która po dwutakcie trafia do kosza. „Jak ona to robi!?” – krzyczy do mikrofonu męski głos komentatora.

Podobne pytania zadają sobie kibice, którzy nie wyobrażają sobie Meczu Gwiazd WNBA bez jej udziału. Debiutantka z Atlanty zajmuje trzecie miejsce w plebiscycie fanów, trafia do wyjściowej piątki. Otrzymuje więcej głosów od trzech MVP ligi: Diany Taurasi, Candace Parker i Tamiki Catchings.  Jest dopiero trzecią koszykarką w historii, która dostaje się do pierwszej piątki Meczu Gwiazd jako rezerwowa w klubie.

Ma najniższe średnie ze wszystkich starterek. 7.0 pkt, 3 zb, 2 as. To jednak jest bez znaczenia, bo w Meczu Gwiazd Schimmel może uruchomić swoją magię. Wejść w tryb „Showtime Shoni”. Raz jeszcze wrócić myślami do czasów dzieciństwa, gdy z wypiekami na twarzy oglądała kolejne popisowe migawki z logo AND1.  Mecze bez obrony wydają się dla niej stworzone. Trafia seryjnie za trzy, rozdaje efektowne asysty, podobnie jak w czasach uniwersyteckich wykonuje udany, cyrkowy rzut nad bezradną w powietrzu Brittney Griner. Zdobywa 29 punktów, co w tamtym momencie jest rekordem żeńskiego Meczu Gwiazd. W dodatku zostaje wybrana MVP, a jej koszulka meczowa szybko staje się najlepiej sprzedającą spośród wszystkich koszykarek w lidze.

„Ma mnóstwo fanów. Celem ligi jest przyciągnięcie jak największej liczby kibiców. Zasięg, który zapewnia Shoni jest niebywały, w szczególności wśród społeczności rdzennych Amerykanów” – dodała Laurel J. Richie, prezydent WNBA.

„Showtime Shoni” gra jednak w zespole Michaela Coopera, który określenie „showtime” zna z czasów w Lakers i mógłby odmieniać je przez wszystkie przypadki. Może dlatego niesztampowe zagrania MVP Meczu Gwiazd nie robiły na nim aż takiego wrażenia. Wspominał  o jej kilku brakach, typowych dla ligowych żółtodziobów, ale także mówił o wielkim potencjale, który w niej drzemie.

„Granie w WNBA to zupełnie inna historia niż koszykówka na uniwersytecie. W każdym meczu musisz być w topowej formie, musisz dawać z siebie wszystko” – mówi w jednej z rozmów Schimmel, po raz pierwszy od lat zmuszona do pogodzenia się z rolą rezerwowej. „Byłam zgorzkniała, sfrustrowana, zraniona, zła. Na początku przygody z WNBA przechodziłam przez wszystkie stany emocjonalne”  – zwierzyła się kiedyś Sheryl Swoopes, legenda wczesnej WNBA, czterokrotna mistrzyni ligi w latach 1997-2000.

Atlanta Dream w składzie z Schimmel awansowała do playoffs z pierwszego miejsca, ale w pierwszej rundzie niespodziewanie odpadła z Chicago Sky. W kolejnym sezonie zespół ze stanu Georgia zainwestował w Schimmel, choć ta przyjechała na okres przygotowawczy z nadwagą. Trener Cooper jej ufał, na początku wychodziła w pierwszej piątce, ale jej problemy fizyczne odbiły się na statystykach, które w porównaniu z debiutanckim sezonem nie uległy zmianie. Szybko powędrowała na ławkę, grała coraz mniej. Wciąż jednak cieszyła się sympatią kibiców i zagrała po raz drugi w Meczu Gwiazd. Sezon dla Dream był jednak nieudany, zespół nie zagrał w post season.

 

 

„Skalista winnica nie potrzebuje modlitwy, tylko kilofa”.

Indianie Navajo

 

W kwietniu 2016 roku Schimmel ponownie pojawiła się na przedsezonowych treningach z nadwagą. Trener Cooper nie krył rozczarowania. Jako jedyna z drużyny nie występowała w przerwie rozgrywek poza granicami USA. Myślała o grze gdzieś w Europie, ale postanowiła pozostać ze schorowaną babcią, która od lat przechodziła dializy. Rozgrywająca broniła swojego stanowiska. Za portalem “AJC” z Atlanty: „Nie każdy gra poza sezonem za granicą. Robią to głównie ci, którzy chcą lub potrzebują pieniędzy. Dla mnie nie mają one znaczenia. Wolę spędzić czas ze swoją rodziną. Pół roku w Atlancie to wystarczająco długi okres z dala od najbliższych”.

Shoni miała za kim tęsknić. Ma aż siódemkę rodzeństwa, a jej o dwa lata młodsza siostra Jude grała razem z nią w barwach Cardinals. Indiańskie korzenie Schimmel dały o sobie znać. Charakterystyczne dla tej mniejszości bardzo duże przywiązanie do rodziny odegrało istotną rolę w jej dalszych losach na parkietach WNBA.

O podejściu Indian do kwestii finansowych pisał z kolei Joe Whittle z brytyjskiego „Guardiana”, także wywodzący się z rdzennej społeczności ze stanu Oregon:

„Rdzenna ludność nie powinna korzystać z pieniędzy. Nigdy nie było nam to dane. Moje plemię żyło bez nich na tych samych ziemiach od 13 tysięcy lat, ale i tak czuło się bogatsze ponad wszelkie wyobrażenia. Znaliśmy się na roli, potrafiliśmy polować , korzystaliśmy z najnowszych rozwiązań stosowanych do połowu ryb, nie brakowało nam także pomysłów jak spędzać wolny czas. Pomimo tego mieliśmy jakieś 150 lat by dostosować swój liczący 13 tysiącleci styl życia tak, aby nauczyć się korzystać z pieniądza”.

Rozdźwięk w relacjach z trenerem Cooperem był coraz większy. Schimmel została przesunięta na pozycję rzucającej obrończyni, ale i tu musiała rywalizować z Tiffany Hayes i Brią Holmes (później obie grały w CCC Polkowice – przyp. red.). „Nie możesz liczyć na wiele minut na parkiecie, gdy nie jesteś w stanie być w pełni gotowa do gry” – stwierdził dla “AJC” Cooper.

Miesiąc później, w maju 2016 roku Schimmel oddano do Nowego Jorku. „Shoni udowodniła, że potrafi błyszczeć w ważnych meczach. Jestem przekonany, że praca z naszym sztabem trenerskim sprawi, że rozwinie skrzydła w New York Liberty, grając w Madison Square Garden. Ona pasuje do naszego stylu. Jej skuteczność z dystansu pozwoli nam rozciągnąć grę” – powiedział ówczesny prezydent klubu z Nowego Jorku, Isiah Thomas.

Schimmel nie przebiła się do rotacji Liberty. Zagrała co prawda w 17 meczach, ale na parkiecie spędzała średnio tylko niecałe 5 minut. W sierpniu w dodatku doznała wstrząsu mózgu i do gry w sezonie 2016 już nie wróciła. „To rozczarowujące, że Shoni traci motywację do pracy między sezonami, wychodzi z formy. To niedobre nie tylko dla niej, ale i dla tych wszystkich rdzennych młodych Amerykanek, które brały z niej przykład” – podsumował gorzko Charlie Springer z portalu „Card Game”, traktujacego o drużynach Uniwersytetu Louisville.

Shoni potrzebowała resetu. Z powodów osobistych nie grała w sezonie 2017, wróciła do rezerwatu, gdzie opiekowała się chorą babcią. W kwietniu 2018 roku zadeklarowała gotowość do pracy, pojawiła się w lepszej formie fizycznej. „Ona potrafi rzeczy, których właściwie nie jesteś w stanie nauczyć” – komplementowała Schimmel Katie Smith, trener drużyny z Nowego Jorku. To jednak wciąż było za mało, po miesiącu okresu przygotowawczego została zwolniona przez Liberty. W maju szansę dali jej Las Vegas Aces, ale i oni, po ośmiu dniach, pożegnali koszykarkę z rezerwatu . Magia, którą dzieliła się z kibicami z czasów Cardinals i Dream gdzieś zniknęła.

 

„Nie pozwól, by dzień wczorajszy zmarnował zbyt wiele dzisiejszego”

Indianie Cherokee

 

Po krótkiej przygodzie w Las Vegas Shoni spróbowała swoich sił na ławce trenerskiej, prowadząc żeńską drużynę ze szkoły średniej w rezerwacie z Północnej Dakoty. Zapragnęła jednak powrotu do gry. Pod koniec czerwca 2019 roku jej nazwisko pojawiło się na liście startowej Hoopfest, największego na świecie turnieju koszykówki ulicznej 3×3, rozgrywanego co roku w Spokane w stanie Waszyngton. Kilka tysięcy zawodników rywalizuje na specjalnie przygotowanych boiskach w centrum miasta. Złożona z rdzennych Amerykanek drużyna Schimmel zagrała w kategorii „Elite”. Po porażce w pierwszym meczu Shoni walczyła o przetrwanie w bezpośrednim pojedynku z ekipą siostry, Jude, z którą grała w Louisville. W rodzinnym starciu lepsza była Shoni. Prowadzona przez nią drużyna poszła za ciosem, wygrywając kolejne spotkania i ostatecznie cały turniej.

27-latka znowu była w swoim żywiole, po ulicznych boiskach biegała z zawadiacko obróconym do tyłu daszkiem „bejsbolówki” z logo drużyny futbolowej Oakland Raiders. Jak za dawnych lat cieszyła się koszykówką, punkty zdobywała po rzutach zza łuku, z odchylenia z półdystansu, czy po dynamicznych wejściach pod kosz. Powrót do udziału w Hoopfest po jedenastu latach mogła uznać za udany.

W tej chwili wciąż jest wolną agentką, ale czy chce jeszcze wrócić do WNBA? „Podchodzę do tego spokojnie. Po dwudziestu trzech latach gry w koszykówkę zasługuję na przerwę. Jest szansa, że sprawdzę się ponownie w roli trenerki” – zdradziła w rozmowie z „The Spokesman Review”.

„Czasem by wiedzieć jak wygrać, musisz wiedzieć jak to jest przegrać” – powiedziała przed kamerami po turnieju, gdy zapytano ją o porażkę w pierwszym meczu. Nie da się jednak nie odnieść tych słów do jej krótkiej kariery w WNBA. Kariery, która nigdy nie była dla niej ważniejsza od silnych związków z bliskimi. Powrót do korzeni okazuje się tu końcowym zwycięstwem, a pogoń za sukcesem w najlepszej żenskiej lidze świata jest jedynie epizodem, który pozwala dostrzec to, co naprawdę liczy się w życiu rdzennych Amerykanów.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Next Post

Piłka nożna: Przejdźmy na system wiosna – jesień

Od jakiegoś czasu szykowanych jest kilka wariantów zakończenia rozgrywek. Mówimy o spadkach i awansach. Mówimy o kontynuowaniu rozgrywek lub ich zakończeniu bez gry. Ostatnio zaświtała mi jednak w głowie myśl – a co jeśli przeszlibyśmy na system wiosna – jesień? Kiedyś już graliśmy w takim trybie, ale ktoś kiedyś zadecydował, […]