W pogoni za piłką: Historia z barażem w tle

Jakub Zima

Historia z barażem w tle

Trudne czasy, z jakimi nam wszystkim przyjdzie się zmierzyć w nadchodzących miesiącach, zapowiadają się jak film grozy, którego zakończenie, niekoniecznie musi przynieść hollywoodzkie szczęśliwe zakończenie. Jak poradzą sobie z tym tematem wałbrzyskie kluby? Cytując klasyka gatunku „… są takie sprawy, które się fizjonomom nie śniły”.

Punkt zwrotny w najnowszej historii Górnika Wałbrzych miał miejsce w połowie 2016 roku. Wspaniały sezon w III lidze, podczas którego supersnajper Marcin Orłowski, ścigał się z Robertem Lewandowskim w częstotliwości strzelanych bramek. Lewy strzelał 5, Marcin również 5. Lewy zaliczał hattricka. Marcin wcale nie był gorszy. No, ale jak to w życiu bywa, życie lubi płatać figle.

 Część I. Baraż o baraż

Najpierw do niecodziennej sytuacji doszło 8 czerwca. Biało-niebiescy musieli bić się z Polkowicami o prawo gry w barażach o marzenia i lepsze jutro. Wałbrzyszanie na neutralnym gruncie zagrali bardzo dobry mecz. Wygrali pewnie. Do domu wracali w glorii chwały.

Część II. Polonia w Wałbrzychu.

Mecz z Polonią Warszawa elektryzował fanów piłki nożnej w całym mieście. Kibice Górnika Wałbrzych od samego początku twierdzili, że przyjdą dopingować swój ukochany klub. W końcu na ich terenie miały zagrać słynne “Czarne koszule”. Rywal znany, niekonieczne w Polsce lubiany. Co nam zostało w pamięci po zakończeniu przez sędziego zawodów? Przede wszystkim buta gości z Warszawy. „Panowie z klubu przy ulicy Konwiktorskiej. Dzisiaj gracie tylko albo aż w III lidze. Jeszcze nie awansowaliście do II, a na szacunek trzeba sobie zasłużyć. Nikt nie będzie się przed wami kłaniał w pas, bo panowie ze stolicy przyjechali. – pisaliśmy opisując wydarzenie. W czasie meczu więcej widziałem w waszym wykonaniu fauli, nieczystych zagrań, prób prowokowania swoich rywali. Zastanawia mnie tylko, dlaczego? Czyżby okazało się, że wpadliście już panowie na to, że od najlepszych lat dzielą was lata świetlne?”

Warszawska “Łączy nas piłka” przygotowała skrót z meczu, w którym „zapomniano” umieścić akcji z 1 minuty i ekwilibrystycznej obrony golkipera gości. Była też szansa Migalskiego, który przegrał pojedynek sam na sam. Co ze strzałem Tyktora, Orłowskiego. Oba z trudem obronione. Skończyło się 1:1 i biało-niebieska armia wyruszyła na bój do Warszawy.

Część III. Górnik w Warszawie

Niezależnie od walki i serca zostawionego na boisku był to w wykonaniu Górnika Wałbrzych mecz dużo słabszy. Królowała bojaźliwość i niefrasobliwość. Brakowało skuteczności. Brakowało spokoju i rozsądku. To  tak jakby nasi chłopcy za bardzo chcieli wygrać  a sama chęć miała ich paraliżować.  Niedokładne podania skutkowały groźnymi atakami gospodarzy. Polonia wygrała, bo… nie chcę być źle odebranym, ale wierzę, że wygrała, bo… Górnik miał słabszy dzień.

Druga część była lepsza, składne akcje przy dużym zaangażowaniu dawały nadzieję na lepszy koniec. Z meczu przy ulicy Konwiktorskiej zapamiętaliśmy jeszcze skandaliczne sędziowanie. To był koszmar. Szczególnie widząc telewizyjne powtórki. Zwyczajny dramat. Polonia wygrała, bo wykorzystała błędy Górnika. Tylko czy to musi oznaczać taki brak praworządności w sędziowaniu zawodów? „Panowie sędziowie… może lepiej, że  to, co o was myślę  jest zbyt wulgarne żeby  o tym pisać na łamach mediów. Wstyd i hańba… zresztą, po co się produkować i tak dostaniecie notę powyżej  8 na 10 możliwych. Grunt to zachować wszystko w rodzinie, prawda?” Taka dygresja towarzyszyła fanom Górnika, którzy dobrze wiedzieli o związkach ludzi zarządzających Polonią z kolegium sędziowskim na szczycie i komuś zależało, aby pomóc. Komu? Nie mnie w to wnikać.

 Część IV. Ze szczytu w przepaść

Po meczu, Marcin Orłowski siedział na schodach autokaru, którym drużyna miała wrócić domu. Smutek w oczach wyraźnie coś znaczył. Kończyła się jego przygoda z Górnikiem. Kończyła się też przygoda Górnika z dużą piłką. Brzmi to o zgrozo strasznie. Gra w III lidze i duża piłka. Z perspektywy czasu okazuje się jednak, że to była wielka piłka. Tragiczne zakończenie kolejnego sezonu. Dzięki trenerowi Fojnie, udało się przedłużyć agonie klubu, który przegrał z systemem. Na murawie bywało różnie, ale ostatecznie to pieniądze zadecydowały o wycofaniu drużyny z IV ligi i to w momencie, gdy sportowo było jakoś.

Dzisiaj Górnik bez stadionu, bez miłości w Ratuszu gra na poziomie klasy A. Poczynania zawodników, mających doświadczenie II-ligowe, możemy oglądać na historycznym obiekcie. Historycznym i zrujnowanym. Fani biało-niebieskich dopingują swój zespół bardzo gorąco. Licznie też stawiają się na każdym meczu. Pomagają im krzaki rosnące na trybunach. Te zaś rozsypują się w proch. Stadion umiera, ale Górnik rodzi się na nowo. I to właśnie dzięki kibicom, którzy są niczym ojciec. Opiekują się drużyną. Zbierają pieniądze. Opłacają sędziów. Kupują koszulki. Mam nadzieję, że  będą to dobre zmiany. Nadzieja zawsze umiera ostatnia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Next Post

[DO POCZYTANIA] Showtime Shoni. Z rezerwatu do gwiazd. I z powrotem

W czasie pandemii mamy więcej czasu, w lokalnym sporcie dzieje się niewiele. Dlatego też tym razem proponujemy dłuższą formę, teksty o sporcie, choć bardziej globalnym, niż ten wałbrzyski. W serii [DO POCZYTANIA] proponuję wyprawę za Wielką Wodę, gdzie dwa odmienne światy usiłuje łączyć pomarańczowa piłka. To prawdziwa opowieść, choć dochodzi […]